Gdy zmiana przychodzi niespodziewanie

Żywioły i odpoczynek

Rozpieszczanie. Przez słońce, przez fale, przez wiatr. Piasek niesiony silnym wiatrem uderza mocno o skórę, drażni i pobudza. Chce się tego doświadczać, ale skóra mówi żeby się schować, bo boli, więc chowam się w wysokie trawy gdzie wiatr słabnie, a piasek przyjemnie oddaje ciepło. Pływam i ogrzewam się słońcem, tańczę fregatę, nasycam się błękitem gdy podnoszę wzrok. Chłonę wszystko. I jeszcze tak pięknie nie było, chociaż było pięknie nie raz i będzie jeszcze. Doświadczam siebie w takim rozpieszczeniu i odpoczynku. Woda nie jest moim żywiołem, ale jednak też jest, oswajam ją powoli, gdy tylko na to pozwoli i bawi się ze mną delikatnie kołysząc. Przeważnie jednak targa, przewraca i zasysa w głębię. Można mieć całe spektrum doznań.

Do pewnych żywiołów mi bliżej do innych dalej. I gdyby nie tzw zbieg okoliczności, sama z siebie nad morze bym nie pojechała. Bo wolę gdy horyzont nie jest prostą linią. Zupełne zaskoczenie dla mnie samej, że spędziłam w tej scenerii o wiele więcej czasu niż początkowo zakładałam. Czas przybrał ciekawą formę, zamykając się w prostych codziennych czynnościach. Spałam w aucie, przygotowywałam ryby na kuchence turystycznej, po które o siódmej rano chodziłam do portu i kupowałam świeże, za grosze, od lokalnych rybaków. Chodziłam na plażę, jeździłam po lesie rowerem, zbierałam jagody. Odwiedzał mnie dzik z małymi, zając i koty. 

Jak znalazło mnie Lomi?

Ten pobyt nad morzem, przypomniał mi o moim pierwszym doświadczeniu z Lomi Lomi Nui. Podczas masażu miałam wrażenie, że jestem Calineczką w łupinie orzecha i płynę po wielkim oceanie. Całkowicie bezpieczna i rozpieszczona własnym poczuciem maleńkości w zestawieniu z bezmiarem wody. To doświadczenie mnie wzruszyło. Dotykała mnie, z wielką łagodnością, kobieta, z którą zamieniłam zaledwie kilka zdań przed sesją. Byłam zdziwiona, że można mnie dotknąć z taką czułością. Płakałam nad sobą, byłam odrzucona w relacji i bardzo tęskniłam za dotykiem. Dostałam go w innej formie, łagodnej, matczynej, siostrzanej, momentami miałam też wrażenie, że to ja sama siebie głaszczę i przytulam. Płynęłam, nie było żadnego portu do którego chciałam przybić, żadnych statków i wysp. Tylko woda. Dotyk podobny do miękkiej, łagodnej fali. Ogrom wzruszenia – tak krótko można podsumować moje pierwsze Lomi. Żeby było ciekawiej, odbyło się to w Gdańsku, u Agnieszki Rećko podczas mojego urlopu nad morzem, a na masaż namówił mnie mój brat.

Później temat z Lomi zaczął się gdzieś przewijać. Marta Gierczyńska jest bliską przyjaciółką Weroniki, żony mojego brata Jacka. Gdzieś w domu się o tym mówiło, Jacek kręcił kurs z Martą i temat był pod nosem i czekał. I przyszedł taki czas, gdzie życie domagało się zmiany, gdzie ciało wciąż w napięciu i walce pragnęło odpoczynku. Zmiany nastąpiły globalnie i lokalnie. 

Pracowałam na hali wspinaczkowej jako instruktor, moje całe życie kręciło się wokół wspinania. Praca z dziećmi i dorosłymi, sekcje, szkolenia, własne treningi, stawianie dróg. Non stop zamknięta w wielkiej hali, ze sztucznym oświetleniem, w oparach magnezji, ogłuszona głośnymi drum’n’bass płynącymi z głośników. Nie potrafiłam odpoczywać, bo musiałam być czujna, gotowa i trzymać wysoko gardę. Atmosfera w pracy dawała mi coraz bardziej znać, że to miejsce jest już nie dla mnie. Uwielbiałam moją pracę, ale czułam, że to co miałam tam przeżyć przeżyłam i doświadczyłam, a dalszy rozwój jest niemożliwy. Moje ciało wołało o pomoc, było przeciążone i obolałe. Wszystko zaczęło się sypać, ku mojemu przerażeniu każdy aspekt mojego życia jak po detonacji strzelał w niebo i w chmurze dymu opadał tygodniami. Czułam ogromny lęk, ale nie miałam już siły prowadzić swojego życia tak jak do tej pory. Szła zmiana, a ja nie byłam na nią gotowa, choć bardzo jej pragnęłam. Kurs Marty pojawił się w momencie, gdy szukałam jakiejś alternatywy. I nagle wszystko trachło globalnie. Przyszedł lockdown, a ja wyfrunęłam z miasta na wieś i zrozumiałam, że jest to dobry moment żeby nauczyć się czegoś nowego, z ciekawości, a może traktując to jako ostatnią deskę ratunku. Mając nowego skila łatwiej mi będzie podjąć decyzję o zakończeniu pracy. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Zastanawiałam się czy to dobry pomysł, czy ja się nie będę brzydzić dotykać inne ciała, a może komuś zrobię krzywdę, a może to, a może tamto. Odpaliłam kurs i zaczęłam po prostu oglądać o co chodzi. A potem otworzyłam browara, powiedziałam do Wery „potrzymaj mi piwo” i spróbowałam zrobić kilka ruchów na plecach Małgorzaty, która w magiczny sposób utknęła podczas lockdownu u nas w domu 🙂 I popłynęłam. Zaczęłam sprawdzać kolejne ruchy. Towarzyszyła mi niepewność: czy robię to właściwie, towarzyszył mi entuzjazm: jej, ale fajowo. Towarzystwo się zmieniało, a ja powolutku robiłam swoje. Równolegle tworzyłam ogród, chodziłam po lasach i zrywając zioła wymyślałam nazwę dla swojej nowej przygody. Zawsze chciałam podróżować i mieć duże auto. Odkładałam kasę z marnego etatu jak chomik, oszczędna do bólu, bo czułam, że cel jest blisko. I tak, krok po kroczku, szłam do przodu, moduł za modułem w przeświadczeniu jaka jestem zajebista i robię to najlepiej ze wszystkich na świecie, i w obawie, że nadal jestem beznadziejna i nie wiem czy kumam w ogóle o co chodzi. 

A jeśli chcecie wiedzieć, czy zrezygnowałam z roboty, kupiłam busa i masuje, to powiem Wam trzy razy TAK. Rezygnacja z pracy wyglądała w ten sposób, że decyzję podejmowałam leżąc w niemocy z głową na mchu w lesie i rozmawiając ze swoją terapeutką. Busa wybrałam takiego, że wydałam całą kasę, a on się zepsuł podczas mojej wielkiej podróży do Francji, w najmniej odpowiednim momencie (ale to na inną historię), ale masuję i robię to całkiem nieźle. Nazwałam swojego nowego skila LomiLomiBUS i jestem nadal w drodze, mimo iż w jakiś sposób osiągnęłam cel, do którego dążyłam. 

Czy można nauczyć się lomi lomi nui z kursu online zapytacie?

To zależy. Moje spojrzenie na to jest takie. Jeśli masujesz, masz z ciałem do czynienia, bo posiadasz już pewne doświadczenie, skończyłeś inne kursy, szkołę, pracujesz w zawodzie masażysty, fizjoterapeuty i chcesz wzbogacić swoją ofertę, to na pewno ogarniesz temat, jeśli tylko włożysz w to trochę zaangażowania i serca, ponieważ kurs jest zrobiony naprawdę bardzo przejrzyście i szczegółowo. Jeśli natomiast tak jak ja, jesteś zielony, to powiem tak: ja miałam łatwiej, bo osoba na której ćwiczyłam, czyli Wera, sama wcześniej była na kilku kursach i potem masowała, więc miałam konkretny feedback. Mnie osobiście brakowało sprawdzenia tego na mojej mentorce, dlatego po kilku miesiącach zdecydowałam się na kurs stacjonarny, na którym miałam okazję sprawdzić, czy przyswoiłam wiedzę na tyle, żeby móc to robić. Startowałam więc już z pozycji osoby, która masuje i było mi dużo łatwiej i mniej stresująco. Kurs stacjonarny jest zupełnie inną bajką, inne rzeczy się dzieją, możesz na bieżąco korygować, doświadczać i przyjmować masaż od kilku osób, atmosfera jest niesamowita, ludzie super, a sam czas wzbogaca Twój osobisty rozwój. I tu właśnie jest jeszcze jedna ciekawa sprawa. Ja mam tak, że kiedy przyswajam dużą porcję wiedzy, to nie jestem w stanie tego zapamiętać, dlatego ten kurs jest świetny również w przypadku osób, które ukończyły kurs stacjonarny, ale potrzebują takiego dobrego kompendium do utrwalenia.

Kurs Marty to nie tylko konkretne pozycje i układy, znajduje się też tam sporo informacji na temat filozofii hawajskiej Huny, a także automasaż, nauka fregaty i pokaz masażu świątynnego. Wszystko mega pięknie zrobione, smaczne zdjęcia i montaż, wraca się do niego z przyjemnością. Nie ma takiego drugiego kursu online, na takim poziomie jak ten, przynajmniej w Polsce. Polecam z serducha, bo ten kurs został zrobiony przez wszystkie osoby, które go tworzyły, właśnie z serducha. I to się czuje. 

Ten kurs nie jest jedynie dla osób, które pragną zmienić zawód i pracować w nim. To wyjątkowa okazja, żeby zacząć patrzeć na swoje ciało, lub ciało innej osoby, w zupełnie inny sposób. Z troską, z uwagą, z szacunkiem. To początek czegoś nowego i tylko od Ciebie zależy, gdzie Cię Lomi Lomi Nui zaprowadzi.

Gdzie mnie wiezie mój LomiLomiBUS teraz?

Dzięki Lomi poznałam fregatę, taniec mocy, a z nim przyszedł temat intencji i nieograniczonego pola możliwości, a za nim kolejny szeroki wątek przewodnictwa duchowego i czuję, że to idzie dalej. Dlaczego? Ponieważ to podróż, a ona ma to do siebie, że się rozwija. Podczas rozmów, które odbywają się przed masażem poznaję moich pasażerów, bo tak ich nazywam, jestem kierowcą i przewodnikiem. Często są to bardzo intymne spotkania, podczas których moi pasażerowie otwierają przede mną kawałek swojej duszy. Pole, które się wówczas tworzy, niejednokrotnie samo prowadzi do rozwiązania niektórych supełków. Energia tych spotkań zasila mnie i rozwija. Inspiruje do dalszych poszukiwań i stawiania pytań, na tematy do tej pory przeze mnie niezgłębione. Lomi jest uzupełnieniem mnie, zwrotem ku kobiecości i łagodności. Jest dla mnie ważnym doświadczeniem, wypływam z nim na szerokie wody, by poznawać i odkrywać nowe lądy. Serio tak się czuję, trochę jak Vaiana z bajki „Vaiana, skarb oceanu”.

Z pracy na hali zrezygnowałam, ale nadal jestem związana ze wspinaniem i działam w tej przestrzeni również zawodowo, ale na innych, swoich zasadach. Zawsze chciałam pracować na świeżym powietrzu, w prawdziwej skale, czuć chłód, gorąc i piękno górskiej przyrody. Mój BUS, “Skałobus” też się w tym odnajduje, ponieważ mieszkam w nim na wyjazdach i wożę podobnych do mnie frików, na różnego rodzaju autorskie wyprawy wspinaczkowe.

Mój ostatni pobyt nad morzem, tak nie do końca zgodny ze mną, na spontanie, stał się błogosławieństwem w doświadczaniu wszystkiego od nowa. Odpoczęłam. To Lomi mnie tego nauczyło, a ja sobie przypomniałam, że aby móc coś w sobie zmienić, mieć siłę do działania, najpierw muszę odzyskać spokój, odpocząć. „Tworzymy własną rzeczywistość, jesteśmy tym, kim chcemy być”, jak śpiewa Shata QS. Bardzo mocno to ostatnio odbieram. Poczucie na własnej skórze żywiołów, z którymi rzadko mam do czynienia i oddanie się pod ich wpływ, poruszyło mnie w piękny i mocny sposób. Gdy ma się tatę znad morza, a mamę spod Tatr i jest się wynikiem takiej fuzji, trzeba się jakoś w tym odnaleźć, tak więc, ja, zakopianka z krwi i kości, żeby dotrzeć z jednej skrajności w drugą, jestem wiatrem. Wiatr to ruch. Ruch to zmiana. Każdy, nawet najmniejszy, otwiera przede mną coś nowego. I sprawia, że żyję.

Tekst: Anita Burban

Zdjęcia: Jacek Burban, Andrzej Garbowski, Andrzej Sendecki

Namiary na Anitę:

www.lomilomibus.pl

FB www.facebook.com/lomilomibus

IG www.instagram.com/lomilomibus

i wspinaczkowo 

FB www.facebook.com/wspinanie.w.skale

IG  www.instagram.com/wspinanie.w.skale

Kurs masażu Lomi Lomi Nui i hawajskiej filozofii

Jeszcze do końca sierpnia 2021, kurs masażu online Lomi Lomi Nui w starej, niższej cenie 590zł. Cena regularna od września 800zł.

Dowiedz się więcej lub kup kurs: https://hakujzdrowie.pl/kursy/course/masaz-lomi-lomi-hawajska-filozofia/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Dołącz do naszego newslettera