Ciąża po sesji totalnej biologii – Weronika Burban

Podzielę się z tobą moją osobistą historią. Gdy miałam 14 lat lekarze powiedzieli mi, że z powodu nie do końca rozwiniętych jajników na 99,9 % nie będę mogła mieć dzieci, a nawet gdybym jakimś cudem zaszła w ciążę, to mój organizm będzie ją zwalczał. W tak młodym wieku trudno mi było ocenić, co to tak naprawdę oznacza. Nie mniej przez kolejne 10 lat wraz z medycyną klasyczną próbowałam wskrzesić potencjał, który krył się w tym 0,1%. W ten sposób zostałam królikiem doświadczalnym przechodząc z prowadzenia jednego endokrynologa do drugiego.

Jedne leki, potem drugie leki, potem kolejne, a ja jak w kalejdoskopie zmieniałam się po nich, wyłączając z tego procesu pracę moich jajników. Skutki uboczne były dla mnie bardzo trudne do zniesienia. Raz po takich malutkich tableteczkach przytyłam 10 kg w jeden miesiąc, aby po ich odstawieniu w magiczny sposób owe 10 kg wyparowało. Działało się też masę innych przykrych rzeczy, ale nie będę cię zanudzać szczegółami. Wszystko to doprowadziło do coraz gorszego samopoczucia łącznie z silną depresją. Kwintesencją tej drogi był tygodniowy pobyt na oddziale patologii ciąży, gdzie testowano na mnie kolejną kurację hormonalną. Na sali leżałam z kobietami po poronieniach. Nawet teraz trudno mi opisać jak smutne to było pole. Rozpacz i beznadzieja. Łzy, które mogłyby zatopić cały świat. Leżąc w nocy w tamtym szpitalu bardzo wyraźnie poczułam, że dość. Coś tu zupełnie nie gra i przerwałam ten sposób leczenia.

Medycyna niekonwencjonalna

Jeżeli jesteś chora to pewnie masz podobne doświadczenie, że jak grzyby po deszczu w twoim otoczeniu pojawiają się ludzie, którzy mają cud metodę i ci ją polecają. Przynajmniej u mnie tak było. Z dużym dystansem, ale dawałam im szansę. Przez kolejne kilka lat eksperymentowałam z tzw. alternatywnymi metodami leczenia. Medycyna chińska, tybetańska, bioenergoterapia, akupunktura, biorezonanse, ziołolecznictwo, różne masaże, terapia manualna, no i oczywiście znachorzy tak barwni, że aż mi się uśmiech pojawia na twarzy na wspomnienie co poniektórych.

Znachor z piwnicy

Jeden z nich przyjmował w piwnicy. Został mi polecony przez kuzyna, który słyszał same pochlebstwa od koleżanka, której dziecko zostało w ten sposób uzdrowione z poważnej choroby. Na sesji było równolegle 3 pacjentów. Znachor był burkliwym staruszkiem, który cały czas w ręku trzymał papierosa. Leczenie polegało na tym, że uzdrowiciel naciskał chore/bolące miejsce w taki sposób, że aż zapierało dech w piersi. W tym momencie pacjent miał krzyczeć i głośno oddychać, tak aby „wypuścić lęk”, który zakamuflował się w chorobie. O ile nie wkręciłaś sobie kolejnej traumy po tej wizycie, to faktycznie czuło się katharsis. Przy okazji jajników również zgłosiłam się z wadą wzroku. Po takiej sesji przez dwa dni widziałam dobrze bez okularów. Jajniki nie zaczęły działać. Znachor twierdził, potrzebuje jeszcze tylko 3 sesji, aby całkiem wyzdrowieć. Doświadczenie było jednak na tyle trudne i dla mnie kontrowersyjne, że nie wróciłam.

Psychoterapia klasyczna

Chodziłam też na terapię analityczną i behawioralną przez jakiś czas, choć szału na nich nie było. Postępów nie czułam żadnych. Zdaje się, że jedynie testowałam w ten sposób granice swojej niecierpliwości, bo naprawdę nic, ale to nic się nie wydarzało. Nawet nie mogłam się do końca wygadać, bo terapeutki więcej mówiły ode mnie. W końcu wolałam kupić kieckę czy pójść do kina aniżeli wydawać kolejne 150 zł za sesję, bo to przynajmniej na chwilę poprawiło humor. 🙂

Reasumując, większość z nowych specjalistów była o wiele bardziej optymistycznie nastawiona do mojej przypadłości, nie mniej i u nich efektów raczej nie było, bo moje jajniki jak nie pracowały, tak nie pracowały.

Rozwój osobisty

Z biegiem czasu coraz bardziej odpuszczałam temat. Bo muszę się wam przyznać, że to nawet nie chodziło o to, że ja tak bardzo chciałam mieć dzieci. W tamtym okresie mojego życia temat nie był na pierwszym planie. Po prostu straszenie mnie denerwował fakt, że nie będę miała wyboru, gdyby jednak pojawiła się taka wola.

Być może podświadomie bardziej cierpiałam z tego powodu niż świadomie. Ze smutkiem i lękiem związanym z tym, że być może będę sama całe życie z powodu tego, że jestem „wybrakowaną kobietą”, raczej mało miałam kontaktu na tamten czas.

W końcu całkiem odpuściłam. Techniczne naprawienie fizyczności przetransformowało się na ogólny rozwój świadomości. Przyznam się, że był nawet moment, w którym zahaczyłam o New Age. Długo mnie jednak ten świat nie zaciekawił i dalej przerodziło się to w zainteresowanie bardziej uziemionymi metodami, które kontaktują z prawdziwymi emocjami. Tak bez ściemy. Bo to, co do mnie doszło w toku własnej ewolucji świadomościowej, to że kluczem są emocje. Bo co by się nie wydarzyło w przeszłości i jakie by nie były rokowania przyszłości, to to, co jest żywe i jest teraz, to własne emocje.

I tak pojawiła się praca z procesem, taniec intuicyjny, 5 rytmów, ustawienia systemowe, mądrość płynąca se snów, metoda Lowena, TRE, oddychanie, masaż – ale z zupełnie nowej perspektywy, pewne formy szamanizmu. Wszystko co kontaktuje z tym, co żywo zapisane w ciele. Podsumowując. Masa pracy, masa czasu i masa pieniędzy… ale tym razem pomagało przynajmniej psychicznie.

Trauma i potencjał zapisane w ciele

To wszystko było (i nadal jest, bo proces trwa) jak wejście i zanurzenie się w ocean samej siebie. Coraz bardziej rozumiałam swoje reakcje na różne tematy, dostrzegałam powtarzające się mechanizmy. Te odkrycia nie były łatwe. Przekaz transgeneracyjny niósł w sobie trudne relacje między kobietami i mężczyznami, między matkami i ojcami a dziećmi, gwałty, aborcje, poronienia, wojnę, biedę, głód. I wszystko to jakby w jakiejś części nadal żywe. Żywe we mnie, w moich reakcjach, moim osobistym życiu i historiach, które sama współtworzyłam. Emocje, które utknęły w stopklatach przeszłości i które wołały o to, aby je przeżyć.

Żeby nie było tak mrocznie, to równolegle w tym samym źródle pojawiły się też historie mocy. Zasoby, o których nawet mi się nie śniło. Bo przecież patrząc na ten cały trud rodowy, z którego pochodzę, to jednak z tych wszystkich historii życie szło dalej do przodu. Szły również radość, talenty, ciepło, wsparcie, zdolność empatii i kochania. I hasło, które często powtarza mój mąż „ale wiesz, że najlepsze przed tobą?”.

Sesja Totalnej Biologii

I w tym momencie pojawia się sesja Totalnej Biologii. Jak wisienka na torcie długiego procesu. Bo wiesz, sesja Totalnej Biologii wygląda tak, że przed spotkaniem z terapeutą dostajesz taki kwestionariusz do wypełnienia, w którym piszesz elaborat na swój temat. Ja swój pisałam chyba miesiąc.

Aby rzetelnie go wypełnić musiałam zrobić wywiad w rodzinie. Wszystkie ważne zdarzenia z rodu, towarzysząca im atmosfera, wypytanie o relacje, jak one wyglądały z perspektywy różnych członków rodziny etc. Do tego ze szczegółami spisane własne życie. Wszystkie istotne momenty. Już od dawna wiadomo, że pisanie ma zdolności terapeutyczne. Spisanie własnego istnienia to już wg mnie połowa sukcesu terapeutycznego, bo nagle to życie staje się przejrzyste i logiczne. Wyjęte z nas samych, podane na tacy. Można obejrzeć z różnych stron. No a potem sama sesja, na której wprawny terapeuta wyłapuje między wierszami to, czego sami nie jesteśmy wstanie dostrzec. Z matematyczną precyzją.

W Totalnej Biologii nie ma przypadków, wszystko co się dzieje z naszym ciałem ma swoje uzasadnienie, ma tzw. biologiczny sens. I tak po nitce do kłębka terapeuta namierza razem z tobą historie, a za nimi emocje, w których coś utknęło i przerodziło się w konflikt biologiczny. U mnie akurat przejawiało się to chorymi jajnikami.

Uwolnienie się od cudzych emocji

Z ciekawostek podzielę się z tobą takim faktem. Wiele wiedziałam, ale też przed samą sesją bardzo rzetelnie wypytałam rodzinę o fakty z życia mojego rodu i byłam przekonana, że nic nie zostało przede mną ukryte. Na sesji terapeutka (Magda Dembowska – szacunek za spostrzegawczość i zaufanie do siebie) ze swoich wyliczeń i wglądów namierzyła jeden fakt – sytuację o konkretnym charakterze, która wg niej miała miejsce w okresie projektu-celu (opiszę co to jest szerzej w oddzielnym poście),a które wg niej była bardzo istotna dla mojego życia. Z moich inwigilacji nic takiego jednak nie miało miejsca. Ona jednak nie ustępowała i powiedziała żebym popytała wkoło, bo na pewno coś zostało ukryte, a znajdzie się życzliwy, który wyjawi mi sekret.

Nie szukałam wkoło i zapytałam wprost moją mamę. I wyobraź sobie, że faktycznie była taka sytuacja. Mama wcześniej o tym nie wspominała, bo uznała że to nie jest istotne, a poza tym to nie dotyczyło bezpośrednio jej ani mnie. Ale coś dużego wydarzyło się w moim projekcie-celu, co bardzo zdeterminowało, dlaczego tak a nie inaczej reaguję na różne sprawy. I tu znów świadomość była uwalniająca. Świadomość sytuacji takiej jaka była, zdjęła mi z barków ciężar. Mogłam się w końcu od niej „odlepić” i uwolnić od zmieszania z nieswoimi emocjami.

0,1% szans to też dużo

W 30 dni po sesji Totalnej Biologii, prawie 20 lat po diagnozie-wyroku, zaszłam w zdrową ciążę. Zostałam mamą. W momencie, kiedy piszę ten tekst, moja roczna córeczka Dalia śpi spokojnie obok. Mój mąż Jacek kręci w budynku obok kolejny kurs na Hakuj Zdrowie, tym razem o masażu lomi lomi z Martą Gierczyńską. A ja przyglądam się temu całemu procesowi i przełamuję tremę, żeby opublikować ten tekst.

Nie twierdzę, że to Totalna Biologia rozwiązała u mnie sprawę. Ona zgarnęła żniwo całej pracy, którą wykonałam wcześniej. Być może 10 lat leczenia hormonalnego również miało swój udział. Wiele wglądów, skomunikowania się ze sobą samą przyszło w dużej mierze, a może przede wszystkim, podczas sesji ustawień systemowych, tańca oraz wspomnianego masażu lomi lomi. To jednak podczas sesji Totalnej Biologii ostatecznie wszystko zrobiło KLIK i wskoczyło na swoje miejsce oraz zrobiło miejsce na tworzenia życia.

Moja recepta

Na koniec chciałam napisać, że nie neguję klasycznej medycyny mimo, że mam do niej wiele dystansu. Ma ona swoje nieocenione zasługi i są obszary, w których jest niezastąpiona. Są jednak i takie obszary, w których jest bezradna i nie należy brać do siebie jej bezradności, tylko szukać samemu. Tak dygresją napiszę, że po porodzie byłam u ginekologa na kontrolę i powiedziałam mu o mojej przypadłości. Ginekolog stwierdził, że to niemożliwe skoro mam dziecko i że widać była źle postawiona diagnoza. Kilkunastu lekarzy przez 10 lat błądziło. Cóż, być może. Pozostawię to bez komentarza.

Podobne podejście mam do niekonwencjonalnej medycyny, do alternatywnych metod leczenia. I pomimo, że jest mi o wiele bliżej do naturalnych metod, one również nie rozwiążą wszystkich problemów. Podobnie sama terapia, nawet najlepsza.

Na ten moment życia rozumiem to tak, że to co mi pomogło najbardziej to poznanie i zrobienie w sobie miejsca na przeżywanie uczuć. Zobaczenie szerszego obrazu własnego istnienia. Wszystkie metody opisane powyżej pomogły mi zaopiekować się sobą, wyjść do różnych trudnych sytuacji, które samą mnie przerastały. Umożliwiły mi zobaczyć co faktycznie jest i co było, ale to ja musiałam wziąć odpowiedzialności za własne emocje i dokonać wyboru, że chcę inaczej. Moja biologia za tym podążyła.

Dzielę się z tobą moją historią, bo może cię ona zainspiruje, do tego że warto szukać, nawet jak inni mówią, że to mało albo zupełnie niemożliwe.

Tekst: Weronika Burban

18 Comments

    • hej. Ja mogę polecić dr Radziszewską, której kursy są u nas na stronie i Magdę Dembowską. Obie przyjmują w Warszawie. Poniżej Paweł fajnie napisał co to projekt-cel „Projekt cel obejmuje okres, dziewięć miesięcy przed naszym poczęciem, okres ciąży i pierwszy rok życia. Jest to czas kiedy rodzice nieświadomie dają dziecku plan (cel) na życie, poprzez to co się w tym czasie dzieje w ich życiu.” pozdrawiam

  1. Projekt cel obejmuje okres, dziewięć miesięcy przed naszym poczęciem, okres ciąży i pierwszy rok życia. Jest to czas kiedy rodzice nieświadomie dają dziecku plan (cel) na życie, poprzez to co się w tym czasie dzieje w ich życiu.

    • Gosia trudno jednoznacznie powiedzieć, ale wydaje mi się, że głęboko zapisany lęk i cierpienie związane ze stratą dzieci w moim rodzie. Znałam to uczucie odkąd tylko pamiętam, chociaż nie było bezpośrednio moje. Wydaje mi się, że nieprzeżyty smutek i strach przed doświadczeniem tego ponownie blokowały.

  2. Moje Gratulacje , wszelkiej pomyślności w wychowaniu dzieci i życiu.
    Biologia Totalna, Ustawienia to cudowne, że są, działają i zmieniają życie na lepsze, też tego doświadczyłam.

  3. Przez wiele lat znalam Twoje problemy endykrologiczne I nie ukrywam ze wiadomosc o ciazy byla wielka radoscia . Nie zdawalam sobie jednak sprawy z Twoich przezyc emocjonalnych. Swiadczy to o tym jak czesto ktos obok ma problem a my go nie widzimy I nie pomagamy . Jestem pod ogromnym wrazeniem Twojego opisu BRAWO za odwage otworzenia sie publicznie. Hm borykajac sie sama z depresja zainspirowalas mnie do proby rozpiczecia dzialania wykorzystujac Twoje doswiadczenie

  4. Ja uważam, ze medycyna jest jedna, a jej zadaniem jest leczyć i zapobiegać chorobom, w tym edukować lekarzy i pacjentów. Czy to będzie skalpel, antybiotyk, ustawienie systemowe czy pijawki itd, najważniejsze by przyniosło zamierzony efekt. Boli jak w samej medycynie następuje wrogość, lekceważenie, wzajemne się zwalczanie, dążenie do zysku kosztem pacjenta. I tak jak piszesz, to droga do sukcesu jakim rozumiem było urodzenie zdrowego dziecka, prowadziła przez sztuczne podziały tej medycyny, a jednak trudno określić co dokładnie podziałało, a co nie. Pewnie każde po trochu z tych metod. Ale dane Ci było przejść bardzo urozmaiconą drogę, która wzbogaciła Cie niebagatelnie w zasób konkretnej wiedzy. I to jest dobre, że się nią dzielisz, odsłaniasz przy tym odważnie swoje osobiste doświadczenie. Bardzo ciepło pozdrawiam i dziękuję

  5. Dziękuję za ten wpis. Ja jestem w procesie. Ogromnie się cieszę, że… poznałaś i pokochałaś siebie. Teraz kolej na mnie 😉
    3majcie kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *