Breadcrumb Abstract Shape
Breadcrumb Abstract Shape
Breadcrumb Abstract Shape

200 lat w psychiatryku

200 lat w psychiatryku

Zobaczyłam ją pierwszy raz, gdy usypiałam swoją córkę. Stała do mnie tyłem, ale nawet z tej perspektywy widać było jej przeraźliwą chudość. Długie, czarne, sklejone włosy zwisały ciężko na plecach. Miała na sobie białą koszulę – taką, jaką dostaje się w szpitalu, kiedy nie ma się własnej piżamy. Było ciemno. Wytężyłam wzrok, żeby zobaczyć więcej. I wtedy się odwróciła.

„Co za cholera. Spierdalaj!” – krzyknęłam w myślach.

Instynktownie ją przepędziłam, choć wcale nie wzbudzała we mnie strachu. Była po prostu straszna. Wielokrotnie w moim życiu pojawiała się już taka zjawa, ale tym razem przytulałam Dalę i nie chciałam żadnej dziwnej obecności obok nas.

Nie była żywym człowiekiem, ale martwa też nie. Czaszka pokryta wyschniętą, ściemniałą skórą. Zapadnięte oczodoły. Pusty wzrok. Wszystkie płyny już dawno z niej wyparowały. Wyglądała jak zapomniany eksponat z muzeum, który zamiast być pochowany, zdobi galerię i przypomina, że czas już dawno minął.

Na moje gwałtowne „spierdalaj” jej głowa po prostu odpadła i zniknęła w czeluściach nocy. Jakby dekapitacja była standardową procedurą przy odrzuceniu. Ale następnej nocy znów wróciła. Tuż przed snem.

Tym razem zobaczyłam jej nogi. A właściwie stopy. Zasuszone, cienkie kostki, pokryte tą samą ściemniałą skórą. Delikatnie poruszały się na prześcieradle szpitalnego łóżka. Drgały, jakby ciało dogorywało po jakimś gwałtownym wybuchu układu nerwowego.

Tym razem jej obecność była mniej inwazyjna, więc mogłam się rozejrzeć. Leżała w szpitalnej izolatce. Być może była przypięta kajdanami. Nie widziałam rąk, ale na podłodze leżał ciężki łańcuch. Pomieszczenie było stare. Bardzo stare. Wyglądało jak dawny szpital psychiatryczny. Miałam wyraźne poczucie, że jest tam już dwieście lat. Zdziwiło mnie trochę, że przez dwa wieki nikt nie przyszedł sprawdzić, czy jeszcze dycha.

Czułam też, że czegoś ode mnie chce. Zrobiło mi się jej nawet żal. Ale nie miałam w sobie zasobów na jej historię. Więc po prostu się stamtąd zabrałam.

Następnego dnia mój współczesny feed w telefonie został zalany truposzczakami wygenerowanymi przez AI. Nefretete. Kleopatra. Jakaś Indianka. Jakaś prehistoryczna kobitka. Wszystkie zmumifikowane. Leżą w trumnach i powoli zaczyna do nich wracać prana. Zapadnięta skóra wypełnia się tkanką. Wraca kolor, pojawia się rumień. Otwierają się oczy. Życie wraca do ciała. Wstają ze swoich setletnich posłań i idą w świat.

No halo! Nawet z mężem o tym nie gadałam. Czy Instagram już mi podsyła reklamy z zaświatów?
Nie zostało mi nic innego, jak przyjrzeć się temu zjawisku. Nieraz już się przekonałam, że takie zjawy przynoszą informację. Chcąc nie chcąc, pochyliłam się nad tym i poprosiłam Jacka o wgląd.
Niewątpliwą zaletą pracy z własnym partnerem jest to, że można go wysłać na zwiady. Oczywiście nic mu nie powiedziałam. Wpuściłam go w pole jak sapera na miny, zupełnie w ciemno, tylko z intencją: Co stoi za tą babeczką? Czemu mi się wyświetla?

Gdyby ta zjawa budziła mój lęk, pewnie założyłabym, że to jakiś dziad żerujący na mojej energii i trzeba będzie odkryć, gdzie pozwalam się drenować. Wtedy na pewno nie wpuściłabym Jacka w coś tak trudnego. Ale o dziwo nie było we mnie strachu. Była ciekawość. No i pojawiła się adekwatna historia.

Jacek we wglądzie:
– Czuję potrzebę ruchu, jakbym za długo gdzieś był. Pojawia się chęć podróży. Ale nie takiej zaplanowanej. Takiej z przygodą niewiedzy…

Z tej perspektywy nasz salon wygląda jak nowy. Mam w sobie tę ciekawość, którą czujesz, kiedy jesteś w zupełnie nowym miejscu. W ogóle czuję, jakbym zdjął kajdany (!). Chcę ruszyć w stronę możliwości.

– Co to za kajdany? – dopytuję.

– Jakieś ograniczenia. Takie poczucie, że już wszystko wiesz. Wiesz, co było i co będzie. Prawidłowości. Przewidywalność… Trochę czuję się, jakbym właśnie wyszedł z psychiatryka (!), gdzie wszyscy mówili mi, co jest dobre, co jest poprawne, jaki mam być…
Wraca ruch. Mam ochotę się ruszać.

To skrócona wersja, ale dla mnie wgląd był jasny.
Mam pozwolić zdechnąć temu, co ma zdechnąć, czyli całej tej budowli psychicznych zależności, które próbują wepchnąć nas, ludzi, w ramy. Mnie trzymały za długo w kajdanach znaczeń. Z czasem nawet zaczęłam mylić kajdany z własnym szkieletem. I nawet nie zauważyłam, kiedy rozpoczęłam swój proces mumifikacji. A przecież tyle hajsu wydaję na te wszystkie kremy i kobido.

Nieważne, jak bardzo próbowałam słuchać „mądrzejszych” porad, po prostu się w nich nie mieściłam i wysychałam jak ta mumia. A mimo to trwałam i próbowałam się tym odżywiać. Nie potrafiłam też zniknąć. Utknęłam w niewoli chęci zrozumienia. Zatrzymana w psychicznej stopklatce.
Wypisałam się wewnętrznie z tego psychiatryka.

Minęło kilka dni i zjawa już się nie pojawiła. Coraz bardziej czuję, że umysł nie jest kompatybilny z tym, czym jesteśmy naprawdę. Nie wiem do końca, czym jesteśmy, ale wiem jedno: bardzo rezonuję z tym, aby ruszyć w nieznane. I nie chcę zamienić się w mumię za życia. Chcę czuć.

 


Masz w życiu powracający motyw, który uwiera? Może pracujesz nad projektem i utknęłaś? A może chcesz poruszenia i kontaktu z tą głębsza warstwą siebie?

Zapraszam na sesję wglądową

 

Do spotkania!
Weronika

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *