Breadcrumb Abstract Shape
Breadcrumb Abstract Shape
Breadcrumb Abstract Shape

Pół dupy i doświadczenia graniczne

Pół dupy i doświadczenia graniczne

Pół dupy czy cała dupa — oto jest pytanie,
czy pokazać siebie trochę, czy pełne wydanie.

Gdy wywalisz swoje poglądy lub intymne szczegóły z życia na wierzch, spodziewaj się konfrontacji, podzielenia publiki lub remanentu w znajomych. Ale zaraz! Czy tak musi być? Jeśli chcesz wniosków, czytaj do końca.

 “I see dead people” 

To wiekopomne zdanie rzuca 9-letni bohater filmu „6 zmysł”. Cóż mogę rzec? Ja też 😀. Gdybym zgłosił się z takim tekstem do psychiatry, pewnie nie skończyłoby się na rozmowie. W wieku 13 lat wyśniłem scenę ze szpitala. Dwa miesiące później miałem wypadek i gdy otworzyłem oczy po operacji, obraz był identyczny, jak ten ze wspomnianego snu. Jak się domyślasz, już nic potem nie było takie samo.

Docieranie do ludzi ze swoją usługą, zaprzęga Cię do opowiadania o tym historii w Internecie na milion sposobów. Już nie wystarcza robić to, co się robi. Kwestia staje się jeszcze bardziej złożona, gdy cenisz sobie autentyczność. Wyzwanie rośnie, jeśli to z czym chcesz wyjść do świata, jest niszowe a na dodatek trudno to zaklasyfikować. W dodatku zahaczasz o tajemniczo brzmiące i trudno mierzalne „doświadczenia graniczne”. Wpadasz wtenczas do jednego wora z etykietą “dziwne rzeczy”.

Pół dupy czy cała dupa?

Moja teza – publiczne mówienie o tego typu doświadczeniach – to pokazanie połowy dupy, ale dalsza ich interpretacja, to już cała dupa. Jak zwykle potrzebujesz podobnych do Ciebie, żeby jej widok nie szokował i nie wywołał zgorszenia. Ale żeby do nich dotrzeć, mimo coraz doskonalszych algorytmów, trzeba zaryzykować. 

Czy jak będę w pełni wyrażony, to znajdę „swoich ludzi”? 

Czy prędzej tarcie z tłumem mnie wyczerpie?

Niech ta historia stworzy pewne tło. Współpracowałem zawodowo przez prawie dziesięć lat z lekarzem – mianowanym z urzędu doktorem nauk medycznych. W pewnym momencie swojej kariery dostrzegł, że w swojej pracy głównie tłumi objawy, zamiast naprawdę leczyć. Ponieważ naturę miał dociekliwą, trafił na zaawansowaną psychosomatykę, która mocno odbiegała od głównego nurtu. Przeszkolił się. Odszedł z Izby Lekarskiej. Według własnego uznania połączył pojęcia ze świata medycyny akademickiej i komplementarnej, psychologii i wybranych nauk o świadomości. Stworzył własny kurs, ze swoją nazwą i swoim certyfikatem. 

Tak to zazwyczaj wygląda na rynku rozwojowego. Na przestrzeni lat wyprodukowałem kilkanaście kursów online i sprzedałem je w ilości kilkunastu tysięcy sztuk – większość opierała się na takim konstrukcie. Gdy przyjrzeć się bliżej, wszystko jest jakąś formą remixu. Tak samo w muzyce, sztuce, a może i we wszystkim. 

Warstwa na warstwie

Wyrastamy w środowisku z jakimiś poglądami. Czasem zaczynamy się rozglądać i odkrywamy kolejne idee. Być może dodajemy coś od siebie, bo uważamy, że tak działa lepiej, a nawet jeśli nie, to i tak interpretujemy je po swojemu, bo taką mamy percepcję. Jeśli jesteśmy wyznawcami jednej metody, to ona i tak na 99% urosła ze styku wielu innych. 

Konsekwencją tych remixów jest bałagan nomenklaturowy. To samo zjawisko zaczyna być nazywanie i interpretowane na wiele różnych sposobów. Mnogość perspektyw albo rozwinie twoją świadomość albo zabierze Cię w odmęty analizy lub  dyskusji z innymi żądnymi krwi, stającymi w obronie słów i definicji.

Teza i antyteza

Podstawową zasadą tego świata jest to, że do każdej postawionej tezy nieuchronnie rodzi się antyteza – niezależnie od tego, czy opieramy się na starożytnych dogmatach filozoficznych, czy na „skrupulatnych” badaniach naukowych. Zawsze znajdzie się wystarczający kontrargument podważający dotychczasowe ustalenia. Z tego względu ostateczny argument nie istnieje, podobnie jak nie ma tu miejsca na prawdę obiektywną; zastępują ją wyłącznie zwaśnione prawdy subiektywne. 

Próba zgłębienia istoty doświadczenia za pomocą samego umysłu prowadzi w końcu do punktu, w którym nadmiar logicznych pytań i intelektualnej wiedzy staje się przeszkodą. Udowadnia to, że nasza logika ma charakter ściśle lokalny – jest uwięziona w niekończącym się konflikcie przeciwieństw, z którego nie sposób się wyzwolić za pomocą mechanizmów samego umysłu.

Osobiście zgłębiam ścieżkę, w której krok po kroku przestaję doświadczać życia poprzez filtry definicji i interpretacji, którymi obrosłem. Być może wynika to z przesycenia i zmęczenia dudniącymi w głowie diagnozami. Dla mnie najcenniejsze, jest usłyszeć swój prawdziwy głos i zaufać sobie. Moim osobistym konikiem jest czucie i tu można by napisać książkę (ebooka już napisałem, teraz go z żoną rozbudowujemy do pełnej książki). 

Stale praktykuję poszerzanie percepcji własnego czucia na wiele sposobów, i z wielu powodów. Przez ostatnie lata przesłuchałem i przeprowadziłem tysiące sesji. I tu powraca problem z nazewnictwem. Określam je jako sesje wglądowe, no bo na coś trzeba postawić w komunikacji. Nazwa to jedno wyzwanie, kolejnym jest interpretacja, tego co się w tych sesjach doświadcza i za czyim pośrednictwem, ale to temat na osobny artykuł.

Czy to nadal nisza?

To, czym się zajmuję, zahacza o wiele zjawisk i środowisk. Nazwy, które funkcjonują: ekstensory, postrzeganie pozazmysłowe, postrzeganie zdalne znane bardziej pod angielską nazwą remote viewing, telepatia. Można powiedzieć, że w tej samej lidze grają doświadczenia psychodeliczne, doświadczenia snów i praca z nimi czy ustawienia systemowe, a nawet korzystanie z narzędzi jak tarot, I Ching, runy. I to nadal tylko część. 

Jako ciekawostkę dodam, że jeśli chodzi o konsumowanie treści związanych z tą tematyką, to w samej Polsce łączna widownia szacowana jest na poziomie kilkuset tysięcy unikalnych użytkowników, z łączną liczbą wyświetleń materiałów idącą w dziesiątki milionów na przestrzeni ostatnich lat. Na świecie są to setki milionów unikalnych odbiorców. Dla mnie rozwój tych wszystkich nurtów jest niezwykle ciekawy i jest kopalnią inspiracji. Równocześnie, jak ze wszystkim w tej rzeczywistości, istnieje w nich mroczna strona, której w mojej ocenie jest więcej niż mniej. To grząski teren i łatwo dać się wciągnąć.

Doświadczenia graniczne

W tego rodzaju sesjach doświadczenia graniczne to norma. Graniczne dlatego, że ludziom pokazują się obrazy, wizje, odczucia. Lecą przed oczami całe filmy z innych epok, ze światów wyglądających zupełnie inaczej niż nasz. Ludzie przenoszą się do nich całą swoją świadomością/percepcją. Doświadczenia są głębokie, mocne, często szokujące. 

Systemowa diagnoza zazwyczaj przekłada takie doświadczenia na wyobraźnię albo kwalifikuje jako urojenia/zaburzenia. Tak zapewne też może być. Ale nie chodzi o to, żeby znów wszystko wrzucić do jednego wora. Moje obserwacje są różne.

W sesjach wglądowych często spotyka się różne postacie. Niektóre sprawiają wrażenie, że są innymi rasami, niektóre są bardziej eteryczne, kojarzące się z duchami czy demonami. Wspomnę o kilku przykładowych, które często powtarzają się w sesjach. Są to gady, ale nie takie na czterech łapach, tylko humanoidalne. Są modliszki większe od ludzi. Są smoki i postacie wężowate. Są różnej maści kapłani – często egipscy. Są też postacie w maskach, skafandrach. Oczywiście można upatrywać, że źródło tych zbiorowych wyświetleń, jest zwyczajnym odzwierciedleniem tego, czym nasiąkliśmy patrząc na świat zwierząt czy choćby obrazów z filmów. 

Faktem jest jednak to, że są one powtarzalne, można nawet rzec, że jest w nich jakiś wzorzec. Uczestnicy sesji relacjonują, że obecność takich postaci w wizjach jest trudna w odczuciu i że takie spotkanie z nimi, zabiera im energię. Spytasz: to po co się tam pchać? Tu jest kolejna powtarzająca się sytuacja. 

Ludzie sięgają po takie sesje, bo coś w ich życiu nie działa. Gdy proces idzie głębiej, ujawnia się schemat. Odsłania się trudne albo zapomniane z dzieciństwa wydarzenie. Albo sytuacja, która nie może być w żaden sposób wspomnieniem z tego życia. Następnie w procesie pojawia się taki byt, niczym strażnik. Z kolei na ustawieniach Hellingerowskich prowadzący proces, zawsze będą widzieć w ukazujących się reprezentacjach, mamę, tatę lub innych członków systemów rodzinnych. Tak też może być. 

Zdolność prawdziwego rozpoznania

Czy są to autonomiczne, odrębne od nas byty, które karmią się naszą energią pochodzącą z generowanego przez nas cierpienia? Czy widzimy je dlatego, że na skutek skrajnie trudnych zdarzeń nastąpiło odszczepienie części nas samych i teraz jawią się w taki zdemonizowany sposób? 

Tu znów pojawia się próba interpretacji, a ta będzie wynikać z wielu warstw definicji, które są naszymi filtrami (nurty, filozofie, religie). Czy istnieje interpretacja z prawdziwego rozpoznania i czy ono w ogóle istnieje? Pamiętaj, że nie trzeba tego drążyć, można iść po tabletki. Ja na tym etapie swojego życia pozostaję w sferze wiary, że istnieje prawdziwe rozpoznanie. Trzeba się czegoś złapać, aby nie zwariować. Gdy nad tym kontempluję, pojawiają się kolejne pytania.

Czy wystarczy, że to będzie moja prawda? 

Czy możliwe jest rozpoznawać jedną prawdę dla wszystkich?

W czyim interesie będzie taka odkryta prawda? 

W drodze wieloletnich podróży w te trudne, niemierzalne sfery, odkryłem że odlepianie od siebie “pośredników”, jest kluczowe. I to nie tylko te trudne byty, o których wspomniałem wcześniej. Tacy wyglądający przyjaźnie jak anioły czy istoty z  tzw. wyższych poziomów, to również pośrednicy, którzy zabierają mnie od siebie. 

Cała dupa to…

Moje zdanie w tej kwestii. Nigdy więcej przewodników. Żadnych aniołów, Buddów, Jezusów, istot świetlistych ani innych udających sprzymierzeńców. Jak również, nigdy więcej współpracy z ludźmi, którzy oferują eksplorację “tych przestrzeni” za pośrednictwem kogokolwiek i czegokolwiek, co nie jest mną samym. To kontraktowanie się z zewnętrzem, które wprowadza na jeszcze większą mieliznę niż punkt startowy. Rozwinę temat w kolejnym artykule. 

Tak jak wspominałem, to grząski grunt. Z mojego doświadczenia wynika, że w tych sferach, wszystko może mieć inną twarz, niż ma faktycznie. Może wyglądać jak Nutella z obrazkiem orzecha na półce w markecie, a w składzie 70% cukru i 13% orzechów. Postacie to jedno, ale jest jeszcze scenografia. 

Czy te przestrzenie to astral, czyli niematerialny świat postrzegany jako przedłużenie naszej rzeczywistości interpretowanej jako Matrix? 

Czyli astral to taki duchowy Matrix?

A idąc dalej – czy to więzienie? 

Coraz częściej spotykamy się z interpretacją, że cała rzeczywistość, w której funkcjonujemy, jest hologramem, rodzajem symulacji, która funkcjonuje na energii naszych dusz, i o tę energię toczy się cała ta gra. 

Czy podczas sesji wglądowych można wyjść poza siatkę? 

Te inne światy często interpretuje się jako inne warianty rzeczywistości. Ukazane historie mogą być związane z poprzednimi wcieleniami, ale są też poglądy, że czas nie istnieje, a te historie wydarzają się w równoległym wymiarze. Że mamy wiele żyć, być może równoległych i one wszystkie na siebie oddziałują.

Nie smakuje mi to

Czyjeś doświadczenie to czyjeś doświadczenie. Pokaże ci to na przykładzie. Ktoś spróbował twojej potrawy i mówi „nie smakuje mi”. Ty masz dyplom, 50 szkoleń i certyfikatów z tej potrawy, a i tak nic nie poradzisz. Nie namówisz go, żeby mu smakowało. Nawet fizyka zaczęła się o to potykać. I to nie na zasadzie „ktoś coś czuje”, tylko konkret: równania, eksperymenty, nazwiska.

W latach 60. XX wieku fizyk Yakir Aharonov zasugerował, że cechy, które wydają nam się na stałe i są przypisane do obiektu, w świecie kwantowym nie są aż tak jednoznacznie z nim związane. Idee te doczekały się eksperymentalnego potwierdzenia m.in. w 2014 roku w eksperymentach realizowanych na neutronach w Instytucie Laue-Langevina w Grenoble.

W badaniach nad tzw. kwantowym „Kotem z Cheshire” pokazano, że w odpowiednio zaprojektowanym układzie pomiarowym pewne własności cząstki – np. związane ze spinem czy rozkładem pędu – mogą być wykrywane tak, jakby były przestrzennie rozdzielone od miejsca, w którym lokalizujemy samą cząstkę. Używając metafory: uśmiech kota pozostaje po zniknięciu kota. Nie oznacza to dosłownego „oderwania” cechy od obiektu, ale raczej to, że sposób, w jaki mierzymy rzeczywistość, wpływa na to, gdzie i jak te właściwości się ujawniają. W naszej codziennej logice jest to niemożliwe, ale w fizyce kwantowej cechy, które wydają nam się „zespawane” na stałe, są w rzeczywistości odmiennymi parametrami powiązanymi ze sobą tylko chwilowo.

Dodatkowym argumentem za lokalnością i absolutnym subiektywizmem logiki jest eksperyment (opisany szerzej jako paradoks Wignera), który dowodzi, że skutki tego samego zjawiska mogą być postrzegane przez dwóch różnych obserwatorów jako zupełnie odmienne. Udowadnia to, że nasza wewnętrzna struktura przyczynowo-skutkowa zależy wyłącznie od układu odniesienia oraz interesów konkretnego obserwatora, co ostatecznie przekreśla szansę na znalezienie jednej, uniwersalnej logiki w otaczającym nas świecie.

Podsumowując, fizyka kwantowa udowadnia, że zjawiska i obiekty, które nasza logika uznaje za jedną, spójną całość, składają się z niezależnych od siebie „funkcji”, które potrafimy eksperymentalnie rozdzielić. Dlatego to, co obserwujemy, z punktu widzenia naszych przyzwyczajeń, wydaje się alogiczne i niedorzeczne. Prowadzi to do nieuniknionego wniosku: nasze zasady logiczne obowiązują wyłącznie w wąskim, lokalnym układzie, którego jesteśmy częścią, a nie na poziomie fundamentalnej struktury rzeczywistości. A może to po prostu cecha tej rzeczywistości? 

Upierdliwa wrażliwość

Pyta mnie niedawno córka: „Tato, czy ja muszę być taka wrażliwa? Ja się przez to ciągle czegoś boję?” I co ja mam jej powiedzieć? Przez kawał życia unikałem tego, co czuję. Ten kij ma dwa końce: im więcej i głębiej czujesz, tym więcej czujesz tego, co przyjemne, i tego, co trudne – spektrum doświadczania się rozszerza. 

Właściwie nie ma nic trudniejszego niż zachować swoją wrażliwość w tym świecie i nie dać się złamać. Wrażliwość jest dla mnie fundamentem, żeby rozróżniać samemu, co mi służy, a co nie służy, co wysysa moją energię, a co sprawia, że czuję jej więcej. Dbając o swoją wrażliwość i nie ulegając propagandzie, że to słabość, mogę ciągle odkrywać, kim jestem. 

Odkrywam siebie, a nie odcinam się od siebie. Dzięki wrażliwości mogę zanurzać się w czucie i odkrywać to, co ta cywilizacja dawno zaorała i zmodyfikowała. No i szukać tej zasranej własnej prawdy. Zasranej, bo spoczywającej pod tonami cywilizacyjnego obornika. Ale oczywiście pamiętaj, że możesz wykorzystać go na swoją korzyść jako nawóz 🙂

Tak więc dupę pokazałem całą, bo połowy dłużej nie zdołałem. 

Kluczowym przesłaniem tego tekstu jest teza, że żadna forma przekazu nie zastąpi bezpośredniego doświadczenia.

Rozwijanie percepcji czucia

Jeśli szukasz dojrzałych partnerów do rozwijania swojej percepcji czucia, zapraszam na trening, który rusza już 9 maja online.

Dowiedz się więcej, kliknij w link: 

TRENING WGLĄDOWY

TEKST: Jacek Burban

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *